Szkolenia z zakresu wdrażania e-businessu w firmie powinni prowadzić praktycy. Menedżerowie odpowiedzialni za strategię e-business, a nie informatycy.  Oczywiście powinni rekrutować się z firm, które osiągnęły sukces rynkowy i finansowy w e-businessie. PO POLSKU

Nasz rynek e-business bardzo różni się od amerykańskiego, z którego czerpie wzorzec wiele polskich spółek. Nawet niemieckie, francuskie czy brytyjskie doświadczenia nie zawsze przystają do Polski. Przekonaliśmy się o tym wielokrotnie, planując strategię rozwoju własnej firmy (do Communication Partners należy portal pracuj.pl).  Inny procent użytkowników i internetu (w tym procent „modemowców”), inne podejście do płacenia przez internet (rzecz kluczowa w każdym e-businessie), inne prawodawstwo i ochrona własności, wreszcie zupełnie inna skala wielu przedsięwzięć.

To wszystko sprawia, że programy szkoleń opracowane za oceanem, albo choćby i za Odrą, często nie mają pokrycia w rzeczywistości. Na polskich firmach leżą tak źle, że lepiej uszyć coś od nowa, niż zanosić do krawca po poprawki. Szczególnie, że wzorców w polskiej gospodarce internetowej nie brakuje. My, oprócz pracuj.pl, na szkoleniach analizujemy sukcesy Intelligo i mBanku, Allegro.pl, Reporter.pl, Merlin.com.pl i kilku innych znanych tylko wśród specjalistów z tej czy innej branży.

Nie brakuje też negatywnych przykładów do analizowania popełnianych na rynku błedów. Od Arena.pl i Ahoj.pl zaczynając, na tak mało znanych serwisach jak MediaX kończąc.

Z KOMPUTEREM

Bez tego ani rusz. Można się uczyć e-businessu, oglądając na foliach zrzuty ekranów komputerowych, ale to tak jakby uczyć się jazdy samochodem z książki.  Efekt mniejszy przynajmniej z dwóch powodów. Po pierwsza zabijamy interaktywność: możliwość kliknięcia myszką, kupienia czegoś z sklepie internetowym. To ważne nie tylko dla kinestetyków. Jeśli np. omawiamy popełniane w e-businessie błędy, prosimy uczestników: wejdźcie na taką a nie inną stronę, znajdźcie wszystkie błędy.  Wynajdując je samodzielnie, znacznie lepiej zapamiętają i dogłębniej przeanalizują. A trudno szukać błędów np. w interaktywnym mechanizmie płatności przez internet, jeśli do dyspozycji jest tylko statyczny zrzut ekranu komputerowego.

Drugi powód: mając komputer z dostępem do internetu, możemy pokazać zaplecze firm internetowych. To tam tak naprawdę dzieją się rzeczy ważne. Tam pracuje się nad tym, co widzi i z czego korzysta internauta. Bez przeanalizowania tego „zaplecza” tracimy ponad 60% wartości merytorycznej szkolenia. Możemy bowiem pokazać uczestnikowi tylko perspektywę klienta. A przecież ważniejsza jest perspektywa firmy, sprzedawcy. Nie uczymy „jak kupować w internecie”, uczymy „jak zarobić w internecie”.

To „zaplecze” to system konsol, dzięki którym powstaje struktura strony internetowej, zasady komunikacji z internautami, promocja wewnątrz serwisu internetowego, zawartość merytoryczna podstron. Konsole nie są tworzone dla informatyków i nie wymagają wiedzy technologicznej. Zbudowano je po to, by pracowali z nimi internetowi sprzedawcy,  dziennikarze, konsultanci, specjaliści od obsługi klienta i marketingu.

Kłopot w tym, że owo zaplecze jest zwykle pilnie chronione ze względu na bezpieczeństwo. Tu znowu pojawia się przewaga praktyków: mogą oprowadzić po konsolach własnej firmy. My np. pokazujemy całe zaplecze pracuj.pl. Jedynym wyjątkiem są te „wirtualne pokoje”, w których zgromadzone są dane osobowe klientów i użytkowników.